środa, 20 maja 2015

Mędrca Szkiełko I Oko (Część I)

Zanim przejdę do podsumowań ogólnosezonowych chcę jeszcze wspomnieć o drużynie tygodnia z ostatniej kolejki Championship. Ten rodzaj statystyk zawsze pomijam przy standardowym podsumowaniu, jednak wyjątkowo chcę o niej wspomnieć teraz. Rozstrzygnięcia w drużynie tygodnia są bowiem bardzo nietypowe. Nieraz już można było spotkać taką sytuację, gdzie jedenastka jest zdominowana przez zawodników jednego klubu, który wprowadza do niej 3-4 przedstawicieli. Poziom 46 kolejki był jednak tak niski, że federacja nobilitowała Wilki za bardzo silnie wyróżniającą się pozytywnie postawę. W gronie 11 wyróżnionych znalazło się aż... 9 Wilków. Jedynie Evans i Mesca nie zagrali na tyle zadowalająco, by znaleźć się w gronie nagrodzonych. To wielkie wydarzenie, które z pewnością nie zdarza się często i może zapisać się na kartach historii, dlatego o nim wspominam. 

Teraz przejdę do tematu przewodniego dzisiejszego wpisu - analizy końcowej tabeli. Przeprowadzę ją na trzech płaszczyznach, konfrontując finalne zestawienie z rozstrzygnięciami rzeczywistymi oraz przewidywaniami bukmacherów. Zacznę od porównania ostatecznej tabeli z jej wizją, powstałą z ramienia ekspertów w lipcu. Od razu narzuca się, że skład podium kompletnie odbiega od oczekiwań przedsezonowych. Najlepsze w lidze okazały się zespoły, którym przypisywano wyłącznie rolę statystów - Wolverhampton (prognozowane 19 miejsce!), Boro (9) i Bournemouth (13). Ci, którzy najbardziej prężyli muskuły przed startem sezonu zawiedli mniej (Fulham, Norwich) lub bardziej (Cardiff). Szokują również niespełnione obietnice w Watfordzie i Wigan, które dysponując dobrym (lub nawet fantastycznym w przypadku Reniferów) składem nie były w stanie nawet włączyć się do walki o jakieś godne cele. Rewelacją sezonu, poza pierwszą trójką, nazwać można też Huddersfield, które nie zważając na typowania, umieszczające ich w strefie spadkowej grało swoje i dostało się aż do baraży. Nottingham zagrało na miarę swoich możliwości, Derby i Reading nieco poniżej, jednak jeszcze mieszcząc się w granicach przyzwoitości. Tego samego nie da się powiedzieć o Ipswich, które spadło z ligi, mimo posiadania kadry, która na papierze pozwalała myśleć o miejscu w dziesiątce. A propos liczby 10 - strzał w dychę bukmacherzy oddali przewidując pozycje Boltonu i Charltonu. Nieco niedoszacowana została siła Brighton, Brentford i Sheffield Wednesday, jednak są to pomyłki mieszczące się w umownej granicy błędu statystycznego. Podobnej wielkości różnica tyczy się poczynań Leeds, które uplasowało się o pozycję niżej niż w przedsezonowych typowaniach. Dużo poważniej zawiodło Blackburn, którego ligowy byt przez bardzo długi czas był poważniej zagrożony. 20 miejsce dla Rovers to i tak wielka porażka. Zupełnie inaczej odebrany powinien zostać odebrany wynik Blackpool, które było skazywane na rozszarpanie, a tak naprawdę ani razu na dłuższy czas nie znalazło się w strefie spadkowej. Typowanie najgorszych drużyn ligi to coś, co jest specjalnością bukmacherów. Niemal w punkt udało się bowiem wytypować rezultaty Birmingham, Millwall i Rotherdam. Ostateczny wynik skuteczności prognozowania można by określić jako średniawy - kilka zespołów idealnie wpisało się w prognozy, kilka innych kompletnie zaskoczyło. Taki urok piłki nożnej...
















Porównanie tabeli football managerskiej z rzeczywistą także pokazuje mnogość asymetrii. Jeszcze większą rewelacją w prawdziwym świecie było Bournemouth, które wygrało ligę. Watford zagrał na miarę potencjału i oczekiwań. Norwich i Boro zaprezentowały się podobnie do swoich cyfrowych odpowiedników. Z kolei następne miejsca to wielka różnica wyników - Brentford i Ipswich dostały się do baraży, choć w grze zaprezentowały się nieco (Brentford) lub zdecydowanie (Ipswich) gorzej. Postawa The Tractor Boys jest wręcz skrajnie różna. W rzeczywistości przez bardzo długi czas plasowali się w czołowej trójce, z której wypadli przez słabszą drugą część sezonu. W FMie zaś Ipswich jest jednym ze spadkowiczów! I jeden, i drugi wynik należy uznać za sensację... Tuż za play-offami usadowiły się kolejne dwa zespoły - Wolverhampton, które nie zachwycało tak, jak mój zespół oraz Derby, które stabilnie wszędzie plasuje się w okolicach przełomu dziesiątek. Zakończenie pierwszej grupy to także olbrzymia asymetria. Wielkie firmy, jakimi do niedawna były Blackburn i Birmingham nie splamiły w rzeczywistości swojego honoru w tak dużym stopniu, jak w grze. Miejsce pod koniec pierwszej dziesiątki to rezultat, który fanom łatwiej zaakceptować, niż wywalczone w bólach utrzymanie (Blackburn) czy spadek (Birmingham). Kolejne miejsca to z kolei symetria niemal doskonała - Cardiff, Sheffield Wednesday i Leeds zajmują prawie identyczne miejsca w rzeczywistości, jak w grze. Zdecydowanie gorzej zaprezentowały się zespoły Nottingham i Fulham, które nie były w stanie przenieść w życie dużego potencjału oraz Huddersfield, ale to z kolei niespodzianką nie jest. The Terriers w FMie osiągnęli wynik zdecydowanie ponad możliwości, a w rzeczywistości zagrali na miarę oczekiwań. Charlton z kolei przez cały sezon prezentował stabilną formę i nie miał najmniejszych problemów z zapewnieniem sobie utrzymania, w przeciwieństwie do cyfrowego odpowiednika. Bolton, Reading i Brighton nie zainspirowały się sukcesem FMowskim i były w stanie wywalczyć tylko miejsce nieco ponad kreską. Początek trzeciej dziesiątki to popis zgrania. Rotherdam i Millwall idealnie powtórzyły w rzeczywistości wynik z mojej kariery. Wigan uplasowało się po przeciwnej stronie kreski, a Blackpool, jakkolwiek brutalnie to zabrzmi, zagrało na miarę swoich możliwości. Przełożyło się to na dwudziestopunktową stratę do bezpiecznego miejsca. Złe rzeczy dzieją się w tym klubie...






Czas odrzucić załączniki i powiedzieć szczerze, które rozstrzygnięcia naprawdę mnie zaskoczyły i zdziwiły. Pomijając Wolves najbardziej pozytywnie wyróżnić należy Bournemouth, Huddersfield oraz Blackpool. Zawiodły moim zdaniem mimo wszystko Norwich i Nottingham, które powinny osiągnąć znacznie więcej, a także Blackburn i spadkowicze. Największym moim prywatnym rozczarowaniem jest jednak Watford, który ciągle uważam, że na papierze był najsilniejszym zespołem Championship.
Koniec sezonu ligowego wcale nie oznacza, że znamy już wszystkie rozstrzygnięcia w Championship. Do wyznaczenia została jeszcze drużyna, która obok Wolves i Boro będzie beniaminkiem przyszłorocznej BPL. Reguły gry są bardzo proste: Najpierw w półfinałach systemem mecz i rewanż mierzyć się będą trzeci z szóstym oraz czwarty z piątym zespołem sezonu zasadniczego. Zwycięzcy tych dwumeczów przechodzą do finału, a triumfator tego jednego meczu wywalcza awans. Faworyci? Chyba tożsami z rozstrzygnięciami sezonu zasadniczego, czyli Bournemouth i Norwich. Potencjał kadrowy pozwala nawet delikatnie przechylić szalę na korzyść Kanarków, jednak forma ostatnich tygodni nakazuje upatrywać faworyta w zespole Eddiego Howe'a. Postronni kibice liczą zapewne na właśnie taki skład finału (Norwich - Bournemouth), jednak zanim marzenia będą mogły się ziścić trzeba przejść pierwszą rundę. W niej dojdzie do pojedynku spadkowiczów (Norwich - Fulham) oraz starcia rewelacji sezonu (Bournemouth - Huddersfield). Gospodarzami pierwszych starć są drużyny teoretycznie słabsze w sezonie zasadniczym. To jednak zdecydowanie nie wpłynęło na wyniki spotkań. Zespoły, które miały wygrać i tak wygrały. Norwich objęło szybko prowadzenie i nie oddało go do końcowego gwizdka. Mecz Huddersfield z Bournemouth zawierał w sobie znacznie więcej dramaturgii. Wisienki po pół godziny gry objęły prowadzenie, a chwilę później z boiska wyleciał zawodnik gospodarzy Jay Hogg. Wydawało się, że kolejne bramki, dla grającego w przewadze Bournemouth są tylko kwestią czasu. W 45 minucie faktycznie Callum Wilson podwyższył wynik, jednak druga połowa należała do Huddersfield, które podjęło rękawicę. The Terriers wygrali drugą część spotkania 2-1 i doprowadzili do wyniku 2-3, który pozwala ich kibicom mieć jeszcze nadzieję na korzystny wynik w rewanżu. 


Trzeba jednak przyznać, że Norwich i Bournemouth są w świetnej sytuacji przed rewanżem na własnym boisku i naprawdę ciężko będzie zabrać im awans. Kanarki popisały się nie lada wyrachowaniem, nie dopuszczając Fulham dojść pod swoją bramkę. Bramka zdobyta na początku drugiej części gry rozstrzygnęła dwumecz i wprowadziła Norwich do finału. Mecz z udziałem Bournemouth znów dostarczył kibicom więcej emocji, niż pojedynek Kanarków. Wisienki szybko straciły gola i losy awansu zawisły na włosku. Gdy jednak minął pierwszy efekt zaskoczenia Bournemouth zaczęło okazywać swoją piłkarską wyższość, i w efekcie wbiło bramki pod koniec pierwszej i na początku drugiej części gry, rozstrzygając losy dwumeczu. Pod koniec spotkania wynik dwumeczu na imponujące 6-3 ustalił Matt Ritchie. 


Tym samym kibice oczekujący finału marzeń, dostali to, co chcieli. Bukmacherzy mieli wyjątkowo ciężki orzech do zgryzienia, gdyż starcie Norwich z Bournemouth nie ma faworyta. Ostatecznie delikatnie niższy kurs ustalony został na Norwich. Od pierwszych chwil na boisku widać było, że jest to mecz o naprawdę wielką stawkę. Obie strony badały się przez dłuższy czas, bojąc się zaatakować. Kibice w napięciu czekali na pierwszą bramkę, która musiała otworzyć spotkanie na dobre. Padła ona, jednak w najmniej dogodnym dla fanów momencie - tuż przed przerwą. Prowadzenie za sprawą Camerona Jerome objęło Norwich. Oczekiwanie na odpowiedź Bournemouth przeciągnęło się o 15 minut, jakie trwała przerwa. Każdy jednak powie, że było warto. Mecz zmienił się w zapierający dech w piersiach otwarty spektakl, jakiego często nie obserwujemy nawet na poziomie europejskim. Bournemouth dążyło do odpowiedzi. Wisienki wyczuły krew w okolicach 60 minuty i uderzyły serią. Skutecznie. 2 szybkie trafienia Calluma Wilsona odmieniły obraz gry. Teraz to Norwich było na musiku. Kanarki jednak równie skutecznie jak Bournemouth potrafiły wyjść spod presji. W 71 minucie do wyrównania doprowadził bowiem Nathan Redmond. Kibice, obgryzając paznokcie, czekali na dalsze rozstrzygnięcia, jednak one nie zapadły do końcowego gwizdka. O tak istotnej kwestii, jaką jest awans do BPL, zadecydować miał loteryjny konkurs jedenastek. Słońce zaświeciło tego popołudnia nad Norwich. Główny faworyt sezonu zdołał więc uratować twarz i wywalczyć awans. Razem z nami i Boro, Kanarki tworzą bardzo silną pakę beniaminków, która w całości może zakotwiczyć w BPL na dłużej.


Czy tak będzie? O tym przekonać będziemy mogli się dopiero za jakiś czas. Jutro druga tura statystyk dotyczących oficjalnie zakończonego już sezonu Championship.

wtorek, 19 maja 2015

Wszystko Dobre, Co Się Dobrze Kończy

Już dziś pierwszy sezon ligowy na stanowisku trenera Wolverhampton dobiega końca. Preludium do uwertury ostatecznie kończącej rozgrywki jest kolejka 45, w której to gramy na wyjeździe z Wigan. 

Sky Bet Championship

XLV kolejka

Wigan Athletic - Wolverhampton

Nie da się podważyć wagi tego spotkania - zwycięstwo przypieczętuje fakt, że trofeum trafia w ręce Wolverhampton. Nasza porażka z kolei to wynik, który zagwarantuje Wigan utrzymanie w Championship. Remis nie satysfakcjonuje nikogo. The Latics wyszli na boisko bardziej skoncentrowani i zaczęli mecz od przewagi. Chcieli udowodnić, że klub który nie tak dawno grał z powodzeniem w BPL ma w sobie wystarczająco dużo jakości, by uniknąć spadku do trzeciej ligi. W ich grze widać było, że indywidualności ciągle mogą zachwycać (McClean, Kvist), ale nie tworzą oni prawdziwego zespołu. Spodziewałem się zatem, że nasz kolektyw pomęczy się, pomęczy, ale pokona Wigan, czym przypieczętuje mój pierwszy tytuł w drużynie Wilków. Nie wszystko jest jednak w futbolu takie, na jakie wygląda logicznie. Indywidualności Wigan w pierwszej chwili wzięły bowiem górę nad naszą drużyną. Przewagę The Latics zasłużenie udokumentowali w 29 minucie. James McClean uwypuklił wszystkie mankamenty defensywnej gry Sidibe, łatwo go ogrywając. Szkot zbiegł do końcowej linii i stamtąd dośrodkował w pole karne, gdzie piłkarze Wigan byli w przewadze liczebnej. Jeden został niepilnowany, i akurat na głowę tego niekrytego wrzucił McClean. Strzelającym zawodnikiem był Martyn Waghorn, który nigdy nie był jakimś wybitnym snajperem, ale główkować potrafi. 1-0. Łatwo stracony gol podziałał na Wilki, niczym płachta na byka. Jak najszybciej chcieliśmy odpłacić Wigan pięknym za nadobne i po 70 sekundach dopięliśmy swego. McDonald wyprowadził piłkę od linii środkowej boiska i dostrzegł urywającego się obrońcy Benika Afobe. Wysiłek Anglika nie spełzł na niczym, gdyż dostał on idealne podanie i nie miał problemu z umieszczeniem piłki w siatce, strzelając między nogami Al-Habsiego. 1-1. Dwa szybkie ciosy rozochociły publiczność, która zaczęła żywiołowo dopingować swoich ulubieńców w nadziei na dalsze emocje. Przeważający liczebnie fani Wigan oczekiwali chyba jednak innych rozstrzygnięć od tych które miały miejsce w doliczonym czasie pierwszej części gry. Wtedy to genialnie grający w ostatnich meczach Mesca urwał się swojemu rywalowi na skrzydle i posłał świetną piłkę na głowę Doyle'a. Irlandczyk świetnie główkował, jednak jeszcze lepiej spisał się Al-Habsi, który zdołał zbić futbolówkę do boku. Stoperzy The Latics bardzo wolno zareagowali na tę odbitą piłkę i pierwszy dopadł do niej Ameobi, który zaryzykował strzał z ostrego kąta. Ryzyko często się opłaca i tak właśnie było w tym przypadku. 1-2. Schodzimy na przerwę z prowadzeniem. Myśli mimowolnie uciekają w stronę faktu, że utrzymanie tego rezultatu zagwarantuje nam triumf w lidze. Wigan jednak nie zamierzało się poddać, świadome tego, że porażka może ich zaprowadzić do strefy spadkowej. Zmotywowani zawodnicy The Latics zaatakowali i zaskakująco łatwo dopięli celu, jakim było wyrównanie. Znów urwał się McClean, który tym razem posłał ostre dośrodkowanie w pole karne. Piłka jakimś cudem zaklinowała się w naszej szesnastce - dwukrotnie próbował wybijać Stearman, jednak uczynił to tak nieudolnie, że w obu przypadkach piłka odbiła się od zawodnika Wigan. Po drugiej przebitce trafiła do niepilnowanego na 7 metrze Granta Holta, a doświadczony napastnik nie dał szans Ikeme. Niestety 2-2. Znów tracimy gola przez naszą niefrasobliwość... Wigan wyglądało na w pełni usatysfakcjonowanych remisem i świadomych, że jedyna zmiana wyniku, jaka może nastąpić to strzelenie bramki przez Wolves. The Latics rozpoczęli operację pod tajemniczym kryptonimem "Autobus". Zasieki defensywne postawione przez Wigan były bardzo skuteczne i uniemożliwiały wszelkie nasze zapędy ofensywne. Pozostałe 40 minut było ostrą, męską walką, tak charakterystyczną dla Championship, jednak nie przyniosło bramek. Oczekiwałem 3 punktów, jest tylko 1. Koronację trzeba zatem odroczyć, ale jestem pewien, że nie będzie potrzeby jej odwoływania. Boro, co prawda, wygrało swój mecz i zbliżyło się na 2 punkty, ale mogę się założyć, że nas nie wyprzedzą. Zwycięstwo Lwów przyniosło kolejne rozstrzygnięcie w lidze. Boro może być już pewne bezpośredniego awansu do BPL. Znamy także dwóch uczestników baraży - to Bournemouth i Norwich oraz także dwóch spadkowiczów, gdyż do Birmingham dołączyło Ipswich. Pozostałe niewiadome wyjaśni ostatnia kolejka. 





Zanim ona, najpierw czekają nas jeszcze nagrody za kwiecień. Muszę przyznać, że federacja doskonale wie, jak ułożyć terminarz, by spotęgować napięcie. Przyznawanie wyróżnień w przeddzień końca sezonu to świetny czynnik pozwalający uniknąć stresowania się meczem. Zwłaszcza, że kwietniowe nagrody są naprawdę zacne dla Wolverhampton. Odbyło się w tym miesiącu 6 spotkań, z czego aż 5 wygraliśmy, a ledwie jedno zremisowaliśmy. Nie można się więc dziwić, że statuetka dla menedżera miesiąca trafiła w moje skromne ręce. To już trzecie takie wyróżnienie w tym sezonie - żaden inny menedżer nie może się pochwalić takim osiągnięciem. Czyżbym był faworytem do miana trenera roku? Nie mam nic przeciwko. W kwietniu kroku Wolverhampton potrafiło dotrzymać wyłącznie Bournemouth, więc drugie miejsce dla Eddiego Howe nie jest żadną niespodzianką. Najniższy stopień podium zajął Aitor Karanka, ale jego strata do zwycięskiej dwójki jest porażająca. Nagroda dla piłkarza miesiąca również trafiła w ręce Wilka. Doceniony za rewelacyjną postawę został lider naszej drużyny - Tommy Rowe. Statuetka trafiła do Rowe, choć konkurencja była wyjątkowo silna. Drugi Callum Wilson z Bournemouth zdobył w kwietniu 5 bramek, a trzeci Jordan Obita z Reading prezentował równą i bardzo wysoką formę przez cały miesiąc. Osiągnął nawet najwyższą średnią ocen w kwietniu (7.77), jednak federacja widziała go tylko na 3 miejscu. Rekompensatą dla Obity może być nagroda dla najlepszego młodego piłkarza miesiąca, którą pomocnik Reading wygrał w cuglach. W tej dziedzinie wyprzedził swojego kolegę klubowego Nathaniela Chalobaha oraz Willa Hughesa z Derby... Chwila oderwania od meczowych emocji właśnie minęła. Wracamy do gry z ostatnią kolejką sezonu 2014/15 w Championship.



O postawienie kropki nad i zagramy z Millwall. 

Sky Bet Championship

XLVI kolejka

Wolverhampton - Millwall

Lwy są ostatnio w fatalnej formie - od 8 spotkań pozostają bez zwycięstwa. Porażka z nami, przy niekorzystnych wynikach na innych boiskach, spowoduje spadek Millwall do League One. Niewykluczone więc, że zaliczymy swoistego hat-tricka, decydując o losie wszystkich spadkowiczów. Mamy jednak zamiar pewnie wygrać ten mecz, chcąc podziękować fanom za całoroczne wsparcie, nie bacząc na konsekwencje. Uprzedzając fakty, powiem, że pozbawieni presji, zagraliśmy jeden z najlepszych meczów w sezonie, co znalazło wymowne odwzorowanie w wyniku. Strzelaninę zaczęliśmy już w 3 minucie, kiedy to świetne dośrodkowanie Jacobsa z rzutu rożnego pewnie wykorzystał Jesus Vallejo. 1-0. Na następną salwę trzeba było trochę poczekać, ale nikt obecny na stadionie nie wątpił, że ona nastąpi - tak jednoznaczny był to mecz. Drugi skalp zdobyliśmy po 30 minutach gry. Afobe wrócił się po piłkę w okolice linii środkowej i rozpoczął imponujący drybling. Obrońcy Millwall stali nieruchomo jak tyczki, więc przedryblowanie ich nie stanowiło problemu. Afobe zbliżał się do pola karnego i z 23 metrów uderzył z prostego podbicia. Forde nie miał szans na skuteczną interwencję. 2-0. Do końca pierwszej połowy oszczędziliśmy Millwall dalszych upokorzeń. Kolejne natarcie Wolves nastąpiło zaraz po wznowieniu gry. W 54 minucie zrobiło się 3-0, kiedy to Afobe, operujący tego popołudnia na całej szerokości boiska, wypatrzył stojącego samotnie na linii pola karnego Doyle'a. Irlandczyk przyjęciem wystawił sobie piłkę do strzału i uderzył technicznie po dalszym słupku. Forde wyciągnął się jak długi, ale nie zdołał interweniować. Lwy kompletnie straciły całą swoją zwierzęcą grozę i wydawały się być pogodzone z losem. Wilki natomiast nie zamierzały nasycić się tym wynikiem i wytrwale dążyły do kolejnych bramek, przy dużej aprobacie publiczności. Wszystko tego popołudnia układało się świetnie, skuteczność była na swoim miejscu, więc wynik 3-0 nie utrzymał się zbyt długo na tablicy świetlnej. W 60 minucie genialny tego popołudnia Afobe minął stopera Millwall i znalazł się w polu karnym. Już miał oddać strzał, gdy został podcięty przez Josa Hooivelda. Sędzia bez wahania wskazał na wapno. Do piłki podszedł Doyle, którego zdecydowałem się nie pozbawiać przywileju wykonywania jedenastek. Irlandczyk tym razem nie zawiódł, posyłając piłkę w lewy górny róg bramki i podwyższając wynik na 4-0. Obraz gry nadal nie ulegał zmianie. Ciągle atakowaliśmy z taką pasją, jak gdyby był remis i strzelenie gola przechyliłoby szalę zwycięstwa na rzecz Wolves. Bramka padła, co było nieuniknione przy takiej dysproporcji w zaangażowaniu, jednak dopiero w 79 minucie. Rowe przeniósł ciężar gry na prawą stronę i stamtąd dośrodkował w pole karne, gdzie świetnie znalazł się Afobe, który ze stoickim spokojem przyjął sobie piłkę na klatkę piersiową i uderzył z półwoleja. Forde nawet nie zdołał się poruszyć, tylko patrzył, jak futbolówka wpada w samo okienko jego bramki. 5-0. Stwierdziłem, że nie ma sensu dalej męczyć Millwall i można już zlitować się nad londyńskim klubem, ograniczając zaangażowanie w atak. Kończymy więc sezon fantastycznym wynikiem, osiągniętym po jeszcze lepszej grze. Pieczętujemy tym samym mistrzostwo, choć szczerze mówiąc większą radość odczuwaliśmy po zapewnieniu sobie awansu. Szczęście wynikające ze zdobycia tytułu mąci fakt, że wbiliśmy gwóźdź do trumny kolejnego rywala. Bezpośredni rywale Millwall zdobyli bowiem wystarczająco dużo punktów, by wyprzedzić zespół Lwów w tabeli. Świadomość, że cała trójka spadkowiczów straciła nadzieje na awans z naszego powodu nie jest przyjemna, ale z pewnością szybko głowę zaprzątać nam zaczną zupełnie inne problemy. Sezon dobiegł końca, więc znamy już wszystkie rozstrzygnięcia sezonu 2014/15. Dziś wspomnę o nich pobieżnie, jutro opiszę je znacznie szerzej. A więc: Awansowały zespoły Wolves i Boro, w barażach zmierzą się Bournemouth, Norwich, Fulham i Huddersfield, które wskoczyło do strefy rzutem na taśmę, wykorzystując remis Forest w ostatniej kolejce, a spadają drużyny Millwall, Ipswich i Birmingham. Tyle na dziś. Na najbliższe dni przewidziałem mnóstwo statystyk z kończącego się sezonu Championship oraz innych, najlepszych lig w Europie.





Zapraszam, żegnając się reakcją zarządu na zdobyte właśnie trofeum. Moja pozycja w zespole jest teraz bardzo mocna i chociaż ciągle uważam się za nowicjusza, mam świadomość posiadania dość pewnej posady. A to daje olbrzymi komfort pracy, który z kolei może przełożyć się na wyniki w przyszłorocznej BPL.

poniedziałek, 18 maja 2015

Początek Końca

Do końca sezonu zostały 4 kolejki. Wolverhampton w 43 serii spotkań czeka absolutnie kluczowy mecz w kontekście wyglądu czołówki tabeli na koniec sezonu. Zmierzymy się bowiem w wyjazdowym pojedynku z liderem tabeli - Middlesbrough. 

Sky Bet Championship

XLIII kolejka

Middlesbrough - Wolverhampton

Nie boję się powiedzieć, że jest to mecz o najwyższe laury - zwycięzca moim zdaniem wygra ligę. Czy można sobie wyobrazić lepszą motywację, by zachęcić zespół do walki? Według mnie nie. Wilki zdają sobie sprawę, że Boro jest do ugryzienia. To już nie jest zespół, który seryjnie wygrywał w styczniu i lutym. Liga jest bardzo intensywna i każdy zespół musi przeżyć swój kryzys. Podopieczni Karanki mają go właśnie teraz. My z kolei wyraźnie odzyskujemy pewność siebie, z tygodnia na tydzień nasza gra zachwyca coraz bardziej. Bukmacherzy widzą faworyta właśnie w nas, więc zrobimy wszystko, by zaspokoić apetyty. Doceniamy jednak klasę Boro i nie zamierzamy rzucić się bez opamiętania do ataku. Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. W pierwszych minutach próbowaliśmy wręcz wpuścić Boro na naszą połowę, by ocenić ich klasę tego popołudnia. Lwy wpadły w pułapkę i zaatakowały. Przetrwaliśmy pierwszy okres naporu Boro i widząc, że nie mają oni pomysłu na akcje ofensywne pozwoliliśmy im atakować jeszcze śmielej. Kluczowa w tej taktyce była rola defensorów, którzy nie mogli się dopuścić do stracenia bramki. Lwy dominowały i były coraz bardziej sfrustrowane, że przewaga nie znajduje odzwierciedlenia w wyniku. Po 15 minutach zezwoliłem na zakończenie tego teatrzyku i zaapelowałem o błyskawiczne przeniesienie środka ciężkości gry pod bramkę Boro. Wilki były wyjątkowo skore do współpracy, gdyż wzorowo wykonywały wszystkie moje polecenia. Strzelenie bramki mocno poddenerwowanym Lwom nie okazało się trudnym zadaniem. Już w 21 minucie Afobe zagrał na ścianę do Dicko i po ponownym otrzymaniu piłki miał otwartą drogę w pole karne. Wykorzystał wolną przestrzeń i uderzył z 14 metrów nie dając szans Konstantopoulosowi. 0-1. Piłkarze i kibice Boro byli bardzo zdegustowani i zaskoczeni takim obrotem spraw. Kilka długich minut zajął Boro powrót do normalności, czyli przejęcia "kontroli" nad boiskowymi wydarzeniami. Tylko czekaliśmy na moment, kiedy Lwy, dotrą większą liczbą graczy na naszą połowę. Stało się to w 37 minucie. Tak jak wspominałem ofensywa Boro nie stała w tym meczu na najwyższym poziomie, więc moi stoperzy łatwo wyłuskali piłkę Tomlinowi i uruchomili kontratak. Sako popędził niczym Usain Bolt, błyskawicznie oddalając się od ścigających go rywali. Po 40 metrowym sprincie stworzyła się sytuacja 3vs2. Sako chciał za wszelką cenę kończyć sam tę akcję, oddał mocny strzał, jednak w sam środek bramki. Grecki bramkarz Boro odbił piłkę, która poleciała w okolice narożnika pola karnego. Pierwszy dopadł do niej Dicko, który jednak nie był w stanie oddać groźnego strzału z tej trudnej pozycji. Malijczyk wypatrzył jednak świetnie wbiegającego w szesnastkę Tommy'ego Rowe, a lider naszego środka pola uderzył w samo okienko. 0-2. Plan wypalił w stu procentach, więc mogliśmy już na dobre ograniczyć się do destrukcji. Boro znów mogło się pochwalić przewagą w posiadaniu piłki, jednak zupełnie nic z tego nie wynikało. Dopiero w 65 minucie Tomlin, zirytowany nieporadnością partnerów wziął sprawy w swoje ręce, łatwo zgubił dwóch Wilków, ale uderzenie z 18 metrów po palcach Ikeme odbiło się od poprzeczki i wyszło poza boisko. Ta groźna sytuacja zapaliła czerwoną lampkę w wilczych głowach z napisem "Uważajcie! Jeszcze nie wygraliście". Wzrost koncentracji przekuł się co nieco na obraz gry, której ciężar przeniósł się na połowę Boro. To nie był wybitny mecz także defensywy Lwów. Prosty błąd popełnił błąd popełnił Kalas, zbyt lekko podając do bocznego obrońcy. Prezent wykorzystał Mesca, który przejął piłkę i popędził w kierunku bramki. Gwinejczyk był w dobrej sytuacji, by samodzielnie oddać strzał, jednak dostrzegł wbiegającego Dicko i zagrał piłkę Malijczykowi. Dicko pozostało tylko trafienie do pustej bramki. 0-3. Kwadrans do końca, prowadzimy trzema bramkami, więc nikt już nam nie odbierze zwycięstwa. Boro jednak bardzo chciało strzelić choćby gola honorowego i dopięło swego. W 84 minucie kolejną akcję przeprowadził najlepszy wśród gospodarzy Lee Tomlin. Anglik wywalczył sobie pozycję na prawym skrzydle, skąd dośrodkował w pole karne. Tam główkę z Jelle Vossenem przegrał Richard Stearman i zrobiło się 1-3. Taki rezultat utrzymał się już do końca spotkania. Po końcowym gwizdku wybuchła szalona, niekontrolowana radość. Skazywano nas na pożarcie, na walkę o ligowy byt, a my dokonaliśmy niemożliwego. Zagramy w przyszłorocznej Premier League! Przy okazji jesteśmy też bliscy zwycięstwa w Championship, gdyż właśnie powróciliśmy po dwóch miesiącach na fotel lidera. Mamy 2 oczka przewagi na 3 kolejki przed końcem sezonu. Jest fenomenalnie, ale...




Nie obyło się bez strat w ludziach. Mecz z Boro nie był wcale tak idyllicznym triumfem, jak mogłoby to wynikać z powyższego opisu. Nie obyło się bez twardej walki na łokcie i nie tylko. Koście trzeszczały i urazy wisiały w powietrzu. Zdecydowanie więcej problemów zdrowotnych było po naszej stronie. W trakcie meczu z boiska zejść musiał  poobijany Mesca, jednak paradoksalnie jego uraz okazał się najmniej groźny ze wszystkich, gdyż wystarczyły dwa dni wolnego, by Gwinejczyk poczuł się jak nowonarodzony bożek. Znacznie bardziej destrukcyjne były kontuzje moich Malijczyków. Obaj byli w stanie dograć mecz z Boro do końca, jednak okazało się, że pozwoliła na to wyłącznie adrenalina. Ich problemy zdrowotne okazały się poważniejsze i wykluczają obu do końca sezonu. Sako skręcił kolano, co wymaga trzytygodniowego leczenia, a Dicko skręcił staw skokowy (co najmniej miesiąc rozbratu z futbolem). Całe szczęście jesteśmy już na finiszu rozgrywek i uważam, że poradzimy sobie w tych trzech meczach bez Sako i Dicko. W każdym innym momencie sezonu ich strata mocno ograniczałaby nasz potencjał, ale teraz, gdy mamy już awans absencja Malijczyków nie jest problemem.


Pech Sako i Dicko to szansa gry dla innych niewiele ustępujących im klasą piłkarzy. Naszym rywalem w trzeciej od końca kolejce sezonu jest Ipswich. 

Sky Bet Championship

XLIV kolejka

Wolverhampton - Ipswich

To kolejny (i wcale nie ostatni) mecz na finiszu rozgrywek, gdzie możemy rozwiać marzenia rywala o utrzymaniu. Mówiłem już, że nie jest to przyjemna rola, ale nie ma miejsca na skrupuły. Plan na Ipswich prosty - chcemy zagrać tak, by po meczu spojrzeć dumnie na konkurentów i powiedzieć z dumą jak Cezar - Veni, Vidi, Vici. I z takim właśnie nastawieniem rozpoczęliśmy mecz, od razu przejmując nad nim kontrolę. Dało się zauważyć, że Ipswich nie jest w strefie spadkowej przez przypadek. The Tractor Boys grali słabo - nie mieli pomysłu na atak, a w obronie popełniali proste błędy. Gole dla Wolves wydawały się kwestią czasu. Pierwszy raz ukąsiliśmy rywala po nieco ponad kwadransie gry. Ameobi dośrodkował z lewego skrzydła, jednak trochę zbyt mocno przeciągnął tę wrzutkę, by można było z tego uderzyć. W miejscu, gdzie spadała piłka czekał Doyle, który zgrał piłkę w środek pola karnego, a tam przepięknym półwolejem w okienko popisał się Benik Afobe. 1-0. Ta bramka była dla tego meczu jak malutki głaz, który sam w sobie niewiele znaczy, ale ma w sobie moc, by spowodować lawinę. Lawinę goli... Kilkadziesiąt sekund po pierwszej bramce było już 2-0. Mesca dostał piłkę 35 metrów od bramki rywala. W pobliżu żadnego partnera, żeby odegrać, więc Gwinejczyk zaczął taniec z piłką. W efektowny sposób minął jednego rywala, potem drugiego, następnie wkręcił w ziemię trzeciego i znalazł się w polu karnym. Mesca dostrzegł, że Białkowski nie jest najlepiej ustawiony i natychmiast spróbował to wykorzystać, dokręcając piłkę po dalszym słupku. Trafił. Genialna akcja, która w rzeczywistości zostałaby hitem internetu. 2-0. Dwubramkowe prowadzenie wcale nie wyczerpało kreatywności moich wilczych podopiecznych. Znów ruszyliśmy do ataku. I znów, po zaledwie kilku chwilach dopięliśmy celu. Afobe zrobił sobie miejsce na 16 metrze i uderzył. Piłka odbiła się od poprzeczki i wyszła w boczny sektor boiska. Przejął ją Mesca. Gwinejczyk znów ośmieszył Mingsa i z bocznej linii pola karnego wypatrzył wbiegającego w szesnastkę Tommy'ego Rowe'a. Lider naszego środka pola uderzył bardzo pewnie, kontrującym strzałem po ziemi. 3-0. 3 szybkie ciosy w 8 minut. Ipswich wygląda na zamroczone i jest o krok od poddania walki. Pierwszą część udało im się dokończyć bez kolejnych strat, jednak nikt nie spodziewał się, że ten mecz wejdzie jeszcze na niespodziewane tory. Tymczasem po przerwie obraz gry uległ drastycznej przemianie. Ipswich odrodziło się niczym feniks z popiołów i przejęło inicjatywę, choć szczerze mówiąc swój udział w tym miało też Wolverhampton, które mocno obniżyło poziom zaangażowania. The Tractor Boys, desperacko walczący o utrzymanie, nie zamierzali się poddawać i szybko dostali nagrodę za swoją grę do końca. Młody skrzydłowy Liverpoolu Jordon Ibe, ograł Sidibe na lewym skrzydle i wrzucił w pole karne, gdzie Daryl Murphy uprzedził Stearmana i pokonał Ikeme. 3-1. Ipswich zachęcone sukcesem ruszyło po gola kontaktowego. Sytuacja pod naszą bramką była coraz groźniejsza, jednak Ikeme raz za razem, przy sporym udziale szczęścia, trzymał nam dwubramkowe prowadzenie. Nigeryjski golkiper nie jest jednak w stanie wybronić wszystkiego, o czym dobitnie przekonaliśmy się w 77 minucie. Murphy tym razem wystąpił w roli asystenta. Uwolnił się od krycia w narożniku pola karnego i posłał tzw. zawiesinkę, która przelobowała naszych defensorów i dotarła do Paula Andersona, a ten silnym strzałem wolejem nie dał szans Ikeme. 3-2. Robi się groźnie, więc w naszych głowach kolejny raz zapala się czerwona lampka. Oświeceni jej blaskiem przypominamy sobie, kto miał łatwo wygrać ten mecz i przechodzimy do kontrofensywy. Wychodzimy z założenia, że najlepszą obroną jest atak i jeżeli przeniesiemy ciężar gry pod bramkę Ipswich, to nie będzie go na naszej połowie. A może jeszcze uda się strzelić czwartego gola? Atakujemy, jednak nasze zapędy powstrzymywane są na 25 metrze. W końcu, w 84 minucie nasza akcja przyniosła skutek. Rowe zagrał świetną, penetrującą piłkę w pole karne, do której zdołał dojść Mesca. Gwinejczyk złamał akcję do środka, czym od razu zgubił fatalnego tego popołudnia Mingsa, miał dużo czasu na przymierzenie i znów oddał świetny, dokręcany strzał po długim rogu, po którym Białkowski musiał skapitulować. 4-2. Losy meczu właśnie się rozstrzygnęły, nie stracimy dwóch bramek w 7 minut. Dopisujemy na swoje konto kolejne 3 punkty, dzięki czemu nasza przewaga nad Boro wzrasta do komfortowego poziomu 4 oczek. Mistrzostwo o pół kroku! Pierwsze rozstrzygnięcia zaszły także na dnie tabeli. Birmingham straciło już nawet matematyczne szanse na utrzymanie i w przyszłym sezonie będzie występować w League One. O krok od spadku jest także zespół, który właśnie pokonaliśmy – Ipswich.





Już jutro wszystko stanie się jasne. Czekają nas bowiem ostatnie dwie kolejki szeonu zasadniczego w Championship. Czy Wolverhampton wygra ligę? Czy Boro utrzyma miejsce w Top 2? Kto uzupełni grupę barażową? No i wreszcie – kto pożegna się z Championship? Odpowiedzi na wszystkie te pytania już w jutrzejszym wpisie, na który serdecznie zapraszam.

niedziela, 17 maja 2015

Parszywe Zadanie

Po raz kolejny ułożyło się tak, że wpis rozpoczyna się analizą tabeli. Ta, którą zaraz sporządzę jest bardzo ważna, gdyż jest to ostatnie zestawienie, po którym może się coś zmienić. Następną tabelą, jaką zamieszczę będzie bowiem ta finalna, która zapisze się w historii. Nie wybiegajmy jednak zbyt daleko w przyszłość. Na razie minęło, jak jeden dzień, dopiero 40 kolejek. Drużyny z czuba tabeli zachowały niemal doskonały status quo, zdobywając bardzo podobną, przeciętną zdobycz punktową. Na szczycie ciągle Boro (7 oczek), które właśnie zapewniło sobie udział w barażach, ale na pewno ich celem jest awans bezpośredni. Coraz bliżej za Lwami są Wilki - najlepsza z czołówki drużyna ostatnich kolejek, zdobywczyni 10 punktów. Od zapewnienia sobie barażów dzieli nas malutki kroczek, ale marzymy o utrzymaniu się w Top 2. Strefa barażowa trochę się zagęściła dzięki kiepskiej postawie Norwich (5 punktów) i Fulham (4). Bournemouth (7 punktów) i Nottingham (8) mogły i powinny jednak zrobić znacznie więcej, by zniwelować swoje straty. Pozycja tego ostatniego zespołu nie jest godna pozazdroszczenia, gdyż Forest muszą wytrzymać coraz wyraźniejszy napór kolejnych drużyn z tabeli. Peleton nadal tworzą Huddersfield (11 punktów), Watford oraz Brighton (po 9), zaś dołączył do niego Brentford, który może się poszczycić jedenastopunktowym rezultatem. Utrzymanie w lidze widowiskowo przypieczętowali piłkarze Cardiff (12 punktów) oraz Derby (10 oczek). W dolnych rejonach tabeli zaczyna się walka na śmierć i życie o ligowy byt na przyszły rok, więc oglądamy już zespoły punktujące znacznie lepiej niż w początkowej fazie sezonu. Najbardziej zdeterminowane są Rotherdam, Charlton i Blackburn, które dopisały do swojego dorobku aż 10 punktów. Dopuszczalne rezultaty osiągnęły też Millwall i Blackpool (po 7 oczek). Birmingham i Ipswich nie punktowały aż tak rewelacyjnie, przez co ich utrzymanie stanęło pod bardzo dużym znakiem zapytania. Słaby okres gry mają za sobą Leeds i Wigan (po 4 punkty), zaś koszmarnie zagrało Reading, które przegrało wszystkie swoje 5 meczów i nie może być jeszcze pewne pozostania w lidze. Do końca sezonu zostało tylko 6 kolejek. Każdy pojedynczy mecz może zadecydować o pozostaniu (bądź nie) w lidze.


W takiej scenerii przyszło nam zmierzyć się z jednym z tych zespołów, które ciągle nie są pewne utrzymania, a konkretniej z Leeds. 

Sky Bet Championship

XLI kolejka

Wolverhampton - Leeds

Starcia z takimi zespołami, którym przyświeca jasny cel nigdy nie są łatwe. Na szczęście my także mamy motywację, by podejść do tego meczu w stu procentach serio. A jest nią fakt, że w razie zwycięstwa gwarantujemy sobie uczestnictwo w play-offach. Nasze argumenty mentalne najwyraźniej miały większą wagę niż te ze strony Leeds, gdyż od pierwszej chwili to Wolverhampton zaczęło wyraźnie nadawać grze ton. Z całych sił staraliśmy się udowodnić, że fakt, iż my walczymy o triumf w lidze, a Leeds plasuje się pod koniec drugiej dziesiątki nie wziął się znikąd. Dominacja Wilków ani na chwilę nie topniała, groźne sytuacje pod bramką Silvestrego mnożyły się, jak grzyby po deszczu. Próbowaliśmy przede wszystkim wrzutek, jednak padały one łupem albo defensorów, albo bardzo dobrze czującego przestrzeń na przedpolu włoskiego golkipera. Po nieco ponad dwóch kwadransach gry wywalczyliśmy któryś z kolei rzut rożny. Wcześniejsze nie przynosiły rezultatu, więc do tego podszedł Rowe, a nie Henry. Dośrodkowanie środkowego pomocnika było bardzo dobre i wywołało dużo chaosu w polu karnym Leeds. Moi podopieczni oddali bowiem 4 strzały, jednak wszystkie zostały w punkt zablokowane przez defensorów Pawi. Po ostatnim rykoszecie piłka spadła pod nogi Benika Afobe, który nie próbował, jak poprzednicy, strzelać na siłę, tylko dostrzegł stojącego samotnie 3 metry dalej Jesusa Vallejo i dograł mu piłkę. Hiszpan uderzył, niewiele celując, ale wprawiając publikę w szał radości. 1-0. Do przerwy obraz gry się nie zmienił, jednak skalpów w postaci bramek dla Wolverhampton nie doświadczyliśmy. Po wznowieniu gry ruszyliśmy odważnie, z nadzieją, że Leeds w pierwszych minutach drugiej połowy będzie rozkojarzone. I takie chyba właśnie było. Zaledwie 70 sekund po wznowieniu gry Henry wbiegł w pole karne i już szykował się do wykonania lobującego przerzutu na dalszy słupek do Sako, gdy za sprawą Sola Bamby znalazł się na murawie. Sędzia bez wahania podyktował rzut karny, a do piłki pewnym krokiem podszedł Kevin Doyle. Postawa Irlandczyka była niestety kompletnie niewspółmierna do sposobu wyegzekwowania jedenastki. Doyle uderzył słabo i przewidywalnie w środek bramki, a Silvestri złapał futbolówkę łatwiej niż na rozgrzewce. To już drugi nietrafiony strzał Doyle'a z jedenastu metrów w tym sezonie. Muszę się zastanowić nad zmianą wykonawcy jedenastek, gdyż Irlandczyka zaczyna to przerastać. Niewykorzystany karny miał destrukcyjny wpływ, na grę drużyny, która straciła na pewności i zdecydowaniu. Leeds długo obserwowało nasze poczynania, by w końcu wyprowadzić decydujące uderzenie. Adryan rozprowadził akcję do skrzydła, gdzie dobrze atak oskrzydlił Sam Byram. Nadzieja angielskiej piłki posłała piłkę wprost na głowę Mirko Antenucciego, a doświadczony Włoch celną główką doprowadził do remisu. 1-1. Frustracja z takiego obrotu spraw przybrała na sile, ale przerodziła się ona w jeszcze większą chęć zwycięstwa. Dochodziliśmy do kolejnych sytuacji, ale Silvestri bronił jak w transie. W 89 minucie z 25 metrów próbował uderzać Tommy Rowe, jednak minimalnie chybił. Czas uciekał w ekspresowym tempie i wydawało się, że 30 sekund przed końcowym gwizdkiem nic nie może się w tym spotkaniu zmienić. Pół minuty to jednak bardzo dużo czasu na przeprowadzenie zabójczej akcji. Sako popisał się udanym, efektownym dryblingiem, dzięki czemu minął dwóch przeciwników i znalazł się w polu karnym. Wszyscy spodziewali się, że Malijczyk będzie sam kończył tę akcję, jednak on wypatrzył wbiegającego w pole karne Benika Afobe i posłał piłkę do niego. Anglik uderzył z pierwszej piłki, mocno, pod poprzeczkę. Silvestre nie zdołał interweniować. 2-1! Bezpośrednio po tej akcji sędzia zakończył mecz, a my mogliśmy cieszyć się z kolejnych 3 punktów. Zasłużonych, ale jakże ciężkich do wywalczenia. Dzięki zwycięstwu mamy już tylko punkcik straty do Boro, które zremisowało z Watfordem. Przewaga nad trzecim zespołem, którym od tej chwili jest Bournemouth wynosi 8 punktów. To zwycięstwo pozwoliło nam także zyskać całkowitą pewność, że zagramy co najmniej w barażach, gdyż 7 zespół w tabeli stracił już matematyczne szanse na wyprzedzenie nas. Cel, który zakładałem na początku sezonu został więc zrealizowany, ale że apetyt rośnie w miarę jedzenia, to zadowoli nas tylko awans bezpośredni, na wywalczenie którego mamy bardzo dużą szansę.



Końcówka sezonu ułożyła się w ten sposób, że gramy prawie z wszystkimi zespołami desperacko walczącymi o pozostanie w lidze. Wbrew pozorom wcale nie są to łatwe mecze. Ponadto gra z prawdopodobnymi spadkowiczami to bardzo nieprzyjemna rola, gdyż pozbawiamy te zespoły większości nadziei na utrzymanie. Właśnie tak wygląda sytuacja przed meczem z Birmingham. 

Sky Bet Championship

XLII kolejka

Birmingham - Wolverhampton

Nasze zwycięstwo bardzo mocno ograniczy szanse Niebieskich na pozostanie w Championship. Nie będzie jednak żadnego odpuszczania ani koleżeństwa. Nam też przyświeca jasny cel - triumf nad Birmingham bardzo zbliży nas do awansu bezpośredniego. Od pierwszego gwizdka widać było, że obie strony są gotowe dać się pokroić za sukces. Mecz toczył się w szybkim tempie i mógł się podobać odbiorcom. Z minuty na minutę coraz bardziej uwidaczniała się wyższa klasa piłkarska Wolverhampton. Po niecałych dwóch kwadransach stwierdzenie, że Wilki kontrolują sytuację na boisku nie było już żadnym nadużyciem. Przewaga została szybko udokumentowana bramką. W 35 minucie Ameobi dośrodkował z lewego skrzydła. Afobe oddał strzał głową, jednak Randolph zdołał odbić piłkę przed siebie. Zrobił to jednak na tyle niefortunnie, że futbolówka wróciła do Afobe, a ten nie zmarnował drugiej szansy. 0-1. Birmingham zaciekle próbowało wyrównać, ale Stearman nie dopuszczał do żadnych groźnych sytuacji pod bramką Kuszczaka. Z kolei strzały z dystansu Donaldsona i Tescha zdecydowanie mijały cel. Kilkadziesiąt minut przeważania wyczerpało piłkarzy The Blues i od około 75 minuty widać było, że oddychają rękawami. Chwilę później Gunning bardzo łatwo dał się ograć Jacobsowi i nie będąc w stanie go dogonić, sfaulował. Na nieszczęście defensora Birmingham sędzia uznał, że przewinienie to zasługiwało na żółtą kartkę. Było to już drugie takie napomnienie Gunninga, więc musiał on opuścić boisko. Wyeliminowanie kluczowego zawodnika Birmingham ostatecznie załamało zespół. Korzystając z chaosu po czerwonej kartce ruszyliśmy po drugiego gola. Zdobycie go nie zajęło nam zbyt dużo czasu. Już w 88 minucie Jacobs ponownie zrobił użytek ze swojego świeżego zapasu sił minął nieatakowany dwóch rywali na skrzydle i dośrodkował w pole karne, gdzie najlepiej odnalazł się Dicko, który pewnym, kontrującym strzałem głową ustalił wynik meczu. 0-2. Matematycznie to zwycięstwo nie dało nam awansu, ale praktycznie już chyba możemy świętować. Nie sądzę bowiem, że Bournemouth zdoła wygrać wszystkie mecze do końca sezonu, a my wszystkie przegramy. Dokładnie przeciwna jest sytuacja Birmingham. The Blues mają jeszcze matematyczne szanse na utrzymanie, ale rozsądek podpowiada, że znamy już pierwszego spadkowicza.


Wątpliwości, które pojawiły się w poprzednich zdaniach na pewno rozwieje jutrzejszy wpis, na który serdecznie zapraszam, zachęcając do komentowania. 

sobota, 16 maja 2015

Festiwal Skuteczności

A dziś zaczynamy od od starcia z Derby. 

Sky Bet Championship

XXXIX kolejka

Wolverhampton - Derby County

Barany grają zdecydowanie poniżej swoich możliwości, plasując się zaledwie w środku tabeli. Są jednak w stanie pokazać, że dysponują dużym potencjałem. W zeszłej kolejce chociażby, po dobrym meczu zremisowali z liderem z Middlesbrough. Zapowiada się więc bardzo wymagający sprawdzian dla Wilków. Drużyna jest jednak na fali i z bojowymi nastrojami przystępuje do tego testu. Silna motywacja przełożyła się na obraz gry. Zaczęliśmy od wyraźnej dominacji. Już w 6 minucie Sako posłał świetne dośrodkowanie, a do piłki wyskoczył Danny Batth, jednak jego uderzenie zatrzymało się na spojeniu. Anglik chyba długo rozpamiętywał to niepowodzenie, gdyż w następnych chwilach był bardzo rozkojarzony. Apogeum jego braku koncentracji oglądaliśmy w 15 minucie. Wtedy to Johnny Russell znalazł się z piłką w narożniku pola karnego, a Batth spanikował i wykosił go równo z trawą. Z jedenastu metrów nie pomylił się Tom Ince. 0-1. Mecz zaczynał przypominać starcie z poprzedniej kolejki z Sheffield Wednesday. Mamy porażającą przewagę, ale to rywal obejmuje prowadzenie... Cóż, pozostawało liczyć, że zakończenie meczu z Derby będzie równie analogiczne, jak obraz gry. Kontynuujemy frontowe ataki na bramkę Baranów, ale niestety znowu zamiast do siatki trafiamy w obramowanie bramki. Tym razem Afobe w jednej z ostatnich akcji przed przerwą zrobił sobie miejsce na 16 metrze i uderzył, mocno podkręcając piłkę. I co? Słupek... Drugą połowę rozpoczęliśmy w podobnym duchu, co pierwszą, mając nadzieję, że pech odwróci od nas swoje szkaradne oczy. Niestety, ciągle gapił się niemiłosiernie. Już w 48 minucie Sako podszedł do ustawionej na 25 metrze piłki. Malijczyk uderzył pięknie, silnie, idealnie lobując mur, ale piłka odbiła się tylko od poprzeczki i wyszła w pole. Widać było, że moi podopieczni są bardzo zirytowani rozwojem sytuacji. Derby błyskawicznie to wykorzystało. W 56 minucie Ince błyskotliwie podprowadził piłkę pod linię końcową, a następnie mocno, po ziemi wbił ją na szósty metr. Tam Stearman został uprzedzony przez Russella i zrobiło się 0-2. Po drugiej bramce Derby przeniosło środek ciężkości gry do środka pola, a podłamane Wilki nie kwapiły się, by zaatakować. Wreszcie na kwadrans przed końcem Rowe zdecydował się na uderzenie z 28 metrów. Piłka po drodze zahaczyła jeszcze stopera gości, kompletnie myląc przez to bramkarza, odbiła się od słupka i wpadła do bramki. 1-2. Kontaktowy gol, jest szansa na złapanie drugiego życia. Nie tracąc czasu ruszamy po bramkę wyrównującą, jak po coś, co się nam ewidentnie należy. W 80 minucie dośrodkowanie Golbourne'a na 16 metr próbował wykorzystać Doyle. Irlandczyk nie kalkulował, uderzył ile fabryka dała, ale trafił w słupek. Czwarte uderzenie w obramowanie bramki, które nie przyniosło gola w tym meczu! Entuzjazm, z jakim ruszyliśmy po wyrównującą bramkę prysnął w jednej chwili. W tym momencie straciliśmy ostatnie pokłady nadziei i zrozumieliśmy, że naszym przeznaczeniem jest porażka w tym meczu. Dzieła zniszczenia dopełnił 2 minuty przed końcem Johnny Russell, który najlepiej odnalazł się w zamieszaniu w naszym polu karnym, po rzucie rożnym i mocnym strzałem pod poprzeczkę zmusił Ikeme do trzeciej tego popołudnia kapitulacji. 1-3. Przegrywamy, pomimo tego, że byliśmy zespołem o niebo lepszym od rywala. Tym razem nie ma powodu, by czepiać się Wilków. Zagraliśmy bardzo dobre zawody, zaszwankowała tylko skuteczność. Nie mam najmniejszych pretensji do zespołu, w tym meczu wszystko rozstrzygnęły kwestie paranormalne. Bo jak inaczej nazwać czterokrotne obijanie obramowania bramki Derby, które nie zamieniło się choćby w jedno trafienie? Przegrywamy. To jedno z dwóch nieprzyjemnych rozstrzygnięć meczu z Derby. O drugim za chwilę, teraz trzeba wspomnieć o pozytywach, które napłynęły z innych stadionów. A są one takie, że nasi najgroźniejsi konkurenci też stracili punkty. Strata do Boro to w dalszym ciągu 3 punkty, a przewaga nad Norwich zmalała tylko o jedno oczko, do pięciu.




Drugą nieprzyjemną konsekwencją spotkania z Derby jest kontuzja Davida Edwardsa. Walijczyk naciągnął mięśnie skośne brzucha i będzie poza grą przez 3 tygodnie. To dla nas naprawdę duże osłabienie, gdyż w ostatnich tygodniach to Edwards, a nie Rowe, dyrygował drugą linią. Zastępcą Walijczyka z pewnością będzie Kevin McDonald. Szkot to też dobry zawodnik, który jest w stanie zagrać na podobnym poziomie, co Edwards. Bardziej martwi mnie fakt, że komfort wyboru w środku pomocy spadł niemal do zera. W odwodzie pozostaje wyłącznie młody Lee Evans, który nie gwarantuje tak solidnej gry oraz rozczarowujący George Saville. Oznacza to, że przez najbliższe 3 tygodnie Rowe i McDonald będą wychodzić w pierwszym składzie, a to może odbić się na kondycji i dyspozycji. Edwards, zdrowiej szybko!

Porażka z Derby zakończyła niezły w naszym wykonaniu marzec. Federacja w nagrodach uwzględnia jednak tylko najlepszych, bo niezłych ma na pęczki. Wilki musiały uznać wyższość rywali we wszystkich konkurencjach. Jedyny akcent związany z Wolverhampton pojawia się w kategorii menedżera miesiąca. Triumfował Slavisa Jokanović przed Chrisem Hughtonem, a mi przypadło w udziale 3 miejsce. Ranking piłkarza miesiąca został zdominowany przez zawodników reprezentujących kluby z ogona tabeli. Triumfowali snajperzy - Conor Sammon z Rotherdam i Clayton Donaldson z Birmingham, zaś 3 miejsce zajął Tom Cairney z Blackburn - główny obok Rhodesa sprawca poprawy gry Rovers. Nagroda dla najlepszego młodego piłkarza miesiąca trafiła w ręce kolejnego, trzeciego w tym sezonie piłkarza Boro. Tym razem wyróżniony został Patrick Bamford, zaś dalsze miejsca zajęły Joe Ralls z Cardiff i Todd Kane z Nottingham Forest.



Kane'a w akcji będę miał okazję zobaczyć już w pierwszym meczu kwietniowym. Naszym przeciwnikiem jest bowiem Nottingham. 

Sky Bet Championship

XL kolejka

Nottingham - Wolverhampton

Kane'a w akcji będę miał okazję zobaczyć już w pierwszym meczu kwietniowym. Naszym przeciwnikiem jest bowiem Nottingham. Drużyna Forest chyba poczuło się zbyt pewne udziału w barażach i przez kilka słabych spotkań wytraciło całą swoją przewagę nad Huddersfield, Watfordem i Brighton. Wolves z kolei wydają się być na fali wznoszącej, czego mam nadzieję nie zmieniła porażka z Derby. Nie da się uniknąć delikatnego wyhamowania, ale zrobiliśmy wszystko, by ta klęska nie podcięła nam skrzydeł. Jesteśmy w stanie wrócić na zwycięską ścieżkę meczem z Nottingham. Świadomi tego, że zwycięstwo będzie siedmiomilowym krokiem w kierunku awansu ruszyliśmy do ataku. Forest, chcąc nie chcąc, musiało przyjąć jarzmo bycia zespołem zdominowanym przez rywala. Mieliśmy przewagę, ale wyciągnęliśmy wnioski ze starcia z Derby i nie odsłoniliśmy się tak bardzo, by narazić się na kontry. Brakowało jednak pomysłowości pod bramką wroga i przez większość pierwszej połowy nasza dominacja była w pełni jałowa. Na szczęście przełamaliśmy impas, zdobywając gola do szatni. Afobe w spektakularny sposób minął defensywnego pomocnika Forest, czym ściągnął na siebie uwagę obu stoperów. W powstałą dzięki temu lukę wbiegł Kevin Doyle. Irlandczyk dostał piłkę od Afobe i pewnie wykorzystał sytuację sam na sam. 0-1. Druga część spotkania zupełnie nie przypominała spotkania drugiej drużyny tabeli z szóstą. Oglądaliśmy podwórkową kopaninę, której jedynymi momentami wzbudzającymi emocje były brutalne faule, np. Leigertwooda w 75 minucie, okraszony żółtą kartką. Najważniejsza informacja jest jednak taka, że przeciwstawiliśmy się fizyczności gry, zaproponowanej przez Nottingham I dowieżliśmy minimalne prowadzenie do końcowego gwizdka. Zdobyliśmy 3 punkty, na bardzo gorącym terenie, więc należy z dużym entuzjazmem przyjąć ten wynik. Tym bardziej, że punkty straciły Norwich I Bournemouth, więc naszaprzewaga nad najniższym stopniem podium wzrosła do 7 oczek. Strata do Boro to ciągle 3 punkty, jednak jestem dobrej myśli. Jeśli utrzymamy obecną dypozycję, jestem pewien, że przywdziejemy koronę, gdyż lider ma ekstremalnie trudny kalendarz na końcówkę sezonu.

Czy mam zadatki na wróżbitę? Odpowiedż w nieodległej przyszłości, więc między innymi w jutrzejszym wpisie, na który serdecznie zapraszam.